wtorek, 17 listopada 2020

Atlantyda, reprodukcja negatywów nr 1

 Zrobiłem testowe skopiowanie negatywu małoobrazkowego na błonę 4x5. Nie jest to jeszcze wersja docelowa (materiały użyte w tym teście również), chciałem sprawdzić czy po drodze nie zgubi się ostrość oryginału i czy rozpiętość tonalna jest stosunkowo łatwa do kontrolowania, oraz czy sam proces jest łatwy do przeprowadzenia.

Mam różne wnioski z tego eksperymentu, w większości pozytywne. Można stwierdzić że taka droga ma rację bytu, przy spełnieniu wszystkich wymaganych warunków daje negatywy będące bardzo dokładną kopią oryginalnego negatywu.


Stanowisko do kopiowania.


Kopiowany negatyw jest wsadzony w karetkę negatywową i naświetla negatyw 4x5 cala tak jak się to robi w normalnym procesie pozytywowym - przy robieniu powiększeń. Najistotniejsza różnica między papierem fotograficznym a negatywem 4x5 jest w ich czułości, dlatego konieczne jest zastosowanie migawki którą można precyzyjnie odmierzać czas naświetlania.

Negatywy 4x5 leżą wypakowane w pudełku na papier fotograficzny co znacznie ułatwia i przyspiesza pracę.




Obiektyw to Apo Rodagon N 80/4 z zamontowaną migawką Copal no.3 Celowo użyłem ogniskowej 80mm (do małego obrazka powinno się używać 50mm) żeby całkowicie wyeliminować winietowanie i spadek ostrości na brzegach obrazu, na kopi nie są pożądane takie odstępstwa od oryginału.




Maskownicę musiałem postawić wyżej niż normalnie przy wykonywaniu powiększeń ponieważ rzucany obraz był większy niż 4x5 cala, mimo opuszczenia głowicy powiększalnika na sam dół. Fujimoto 450MD jest wspaniałym powiększalnikiem ale robienie na nim małych powiększeń z negatywów 24x36mm i 6x6cm jest niewygodne, delikatnie mówiąc...



Po ustawieniu ostrości udało się uzyskać obraz mieszczący się na negatywie 4x5 z niewielkim marginesem potrzebnym na przytrzymanie go w maskownicy.




Zamierzałem mierzyć światło światłomierzem punktowym - na maskownicy, niestety obraz jest zbyt ciemny, Starlite nie wskazywał nic poza "Error". Postanowiłem naświetlić 4 negatywy różniące się ekspozycją o 2EV i zacząłem od czasów 1/125 , 1/30 , 1/8 i 1/2 sekundy. Wcześniej zrobiłem pomiary światłomierzem ciemniowym i wszystko zanotowałem (światłomierz skalibrowany pod Cibachrome)






Dzięki temu będę mógł w przyszłości precyzyjniej określić wymagany czas naświetlenia.

Negatyw to Foma400, wywołana normalnie czyli N w D23 1+1



Cztery wywołane negatywy czyli pozytywy. Są naświetlone i wywołane równo, ciemne plamy to wynik zdjęcia telefonem na jarzeniowej podświetlarce. Nr 2 i 3 są najlepsze do tego zadania. Te pozytywy nie mają pełnić funkcji slajdu, mogą (a nawet powinny) być ciemniejsze niż typowe przeźrocze - żeby transferowana informacja wypadła na prostoliniowym odcinku krzywej charakterystycznej - a ta nie jest prosta na początku i na końcu.
Nie mam zdjęć z porównania ostrości ale wydawało mi się, że wygląda to bardzo dobrze więc przeszedłem do kolejnego kroku, wykonania kopi tego pozytywu na następny negatyw 4x5 żeby na koniec otrzymać negatyw odpowiadający oryginałowi małoobrazkowemu. Skoro metoda naświetlania wypadła tak dobrze to postanowiłem pójść inną drogą i te kopie wykonałem metodą stykową, składając oba negatywy w maskownicy do kopiowania stykowego.





Teraz, korzystając z notatek mogłem użyć światłomierza ciemniowego i ustalić czas naświetlenia.




Ponownie naświetliłem cztery negatywy i wywołałem tak samo jak za pierwszym razem.





Tym razem dostałem cztery negatywy.
Poniżej wybór najlepszego i porównanie z oryginałem.





Jak widać kopia ma mniejszy kontrast niż oryginał co nie jest żadnym problemem tylko wskazówką na przyszłość - jeśli kopia ma mieć taką samą kontrastowość jak oryginał to należy zwiększyć czas wywoływania o 15-20%. W ten sam sposób można obniżać i zwiększać kontrast kopii względem oryginalnego negatywu.

Na koniec chwila prawdy - wykonanie powiększeń z kopi i oryginału.

Wykonałem po dwa zdjęcia, jedno normalne a drugie z większym kontrastem. Powiększenia z kopi są trochę większe więc mogą mieć "wyolbrzymione" ułomności względem oryginału.


Oryginał:





Kopia:






Oryginał v2:





Kopia v2:






Teraz wnioski, czyli teoria vs rzeczywistość.

- kopia ma większą ziarnistość niż oryginał. Tego się nie spodziewałem, prawdopodobnie jest to "wina" materiału  (Foma400) i dwukrotnego skopiowania "ziarno w ziarno". Ten problem można rozwiązać przechodząc na negatyw niskoczuły-drobnoziarnisty. Również czasy naświetlania ulegną wydłużeniu i przestanie być potrzebna migawka na obiektywie.

- ostrość kopi jest na większym poziomie niż oczekiwałem. Kopiowanie przez naświetlanie powiększalnikiem daje bardzo dobre rezultaty, dwudziestokrotna lupa nie pokazuje żadnych odstępstw względem oryginalnego negatywu. Natomiast nie wierzyłem w porządne przeniesienie ostrości podczas kopiowania stykowego, zwłaszcza że było robione na białym podłożu. Jeśli zrobi się to porządnie (docisk, wyczernienie podłoża) to można i tej metodzie zaufać.

- jest z tym dużo pracy. Gdyby dało się to skrócić o połowę (czyli wywołać cz-b slajd który da negatyw) to byłoby rozwiązanie optymalne. Dwa dni temu trafiłem na taki post na FB - i po lekturze różnych dokumentów doszedłem do wniosku, że każdy negatyw powinien się tak wywołać i nie musi to spełniać warunków samodzielnego pozytywu - czyli podłoże nie musi być klarowne i ekspozycja trafiona w punkt (a nawet powinna być celowo większa, czyli mniejsza). Chemia już w drodze (składniki odbielacza) i kolejny test będzie "na slajdzie". Pozdrowienia i podziękowania dla Staszka który swoim postem pobudził mój ociemniały umysł!

W osobnym poście opiszę możliwości jakie ciemniakom daje kopiowanie i powiększanie negatywów. Jest to temat godny uwagi i dający ogromne możliwości.










środa, 11 listopada 2020

11.11 Narodowe Święto Niepodległości

102 lata temu, po 123 latach zaborów odzyskaliśmy niepodległość.

Po kolejnych 21 latach utraciliśmy ją na następne 50 lat. Przynajmniej 50...

Święto Niepodległości chcę uczcić dwoma zdjęciami pochodzącymi z archiwum które mi powierzono. Zostały one wykonane w 1933 roku i pokazują inicjatywę rządu mającą na celu zainteresowanie społeczeństwa motocyklami polskiej produkcji. Hasło na transparencie - "Na Polskie Drogi Polskie Motocykle", patronat Państwowych Zakładów Inżynierii i Centralnych Warsztatów Samochodowych oraz kolumna przepięknych motocykli Sokół 1000 z załogami w eleganckich strojach miały pobudzić Polaków do kupowania motocykli produkowanych przez CWS. Był to cały program sprzedaży (raty, upusty podatkowe, preferencyjne warunki zakupu) rozciągnięty na lata, zakończony we wrześniu 1939 roku. Razem z motocyklami Sokół i dopiero co odzyskaną niepodległością.

Z okresu II RP najlepiej jest mi znany rozdział związany z motoryzacją. Myślę, że rozwój motoryzacji w tym okresie jest reprezentatywny dla innych dziedzin, mechanizm jest ten sam. W 1918 roku nie mieliśmy żadnych zakładów motoryzacyjnych i w ciągu niecałych piętnastu lat doszliśmy do produkcji własnych samochodów i motocykli na bardzo przyzwoitym poziomie. Trochę później zaczęły powstawać pojazdy i prototypy mogące bez wstydu konkurować z europejską czołówką motoryzacyjną. Pojawiły się rozwiązania wyprzedzające ówczesną technikę o dekady. I to wszystko w pięknej, eleganckiej formie.

Znam nie tylko modele produkowane w tym okresie. Starałem się dowiedzieć jak najwięcej, czytałem książki, szukałem artykułów, rozmawiałem z ludźmi. Poznawałem historię powstawania tych pojazdów, historię zakładów i historie ludzi którzy za tym stali. 

Urządzenie transportowe produkowane po 1945 roku,  służące do przewożenia towarów lub istot żywych z punktu A do punktu B, wyglądają przy swych szanownych przodkach jak produkty innej cywilizacji - prymitywniejszej rzecz jasna. I jakby to dogłębnie zbadać to być może da się naukowo udowodnić, że tak faktycznie było (jest). W końcu zostaliśmy wypatroszeni z elit, z inteligencji, z ludzi kultury, z artystów, przywódców. Możliwe, że średnie IQ społeczeństwa zmalało o 20 punktów - przez zaplanowane ludobójstwo  jakie nam urządzili sąsiedzi z lewa i prawa. I o kolejne 15 punktów w trakcie dobrobytu 1945-1989 poprzez subtelne metody rodem z piwnic KGB.

W 1918 zaczynaliśmy od zera. Wolność i wspólny cel, odpowiedzialne obsadzenie stanowisk odpowiednimi ludźmi i potencjał jednostek wybitnych którzy dostali możliwość twórczego działania, umożliwiły ten cud. Dziś, 31 lat po odzyskaniu wolności nie produkujemy żadnego pojazdu. Żadnego swojego - bo fabryk i montowni jest u nas mnóstwo.

Kończę na tym bo dziś Święto...do tematu wrócę w kolejnych odcinkach o Atlantydzie.

Jest pare klatek z tego wydarzenia, niestety nieostre i poruszone, wybrałem dwie najlepszej jakości. Dla mnie są symbolem twórczego działania w sprzyjających warunkach. Dziś mamy warunki ale nie tworzymy. Produkujemy coś...nie tworzymy.

Papier Ilford Warmtone błyszczący.






I film pokazujący piękno Sokoła 1000 autorstwa studio 16mm z bardzo trafnie dobranym utworem...

Sokół 1000

















niedziela, 1 listopada 2020

1.11 Mój dziadek

 Nie mogłem pojechać na cmentarz z wiadomych powodów. 

Był postacią wyjątkową...dał solidne fundamenty na których swoje życie zbudowała cała jego najbliższa rodzina. Pracę, miejsce, domy i szacunek wśród ludzi. Był moim mistrzem - w warsztacie i w ślusarni - mistrz Tadeusz. Niestety, wówczas nie doceniałem jego wielkości jako człowieka...byłem zbyt głupi i przemądrzały. Rozumiem to dopiero dziś...

Wybacz mistrzu.

Dziękuję dziadku.





Parę miesięcy temu dostałem jego zdjęcie, stykówkę z negatywu 6x9cm. Autoportret wykonany z pomocą kogoś, nie wiadomo kogo.



A to zdjęcie które zrobiłem sobie jakieś 30 lat później...z pomocą kolegi. Nie wiedząc o autoportrecie dziadka, kilka lat po jego śmierci.






Dziadek odszedł w dniu urodzin moich i swojej córki (mojej mamy)


Zdjęcie oprawiłem...będziesz przy mojej tokarce, będziesz patrzał czy dobrze pracuję.





Dziękuję za wszystko.













Nie chcę pisać czegoś oderwanego od rzeczywistości...wiem już, że człowiek nie jest czystą kartą. Z tych moich "przypadków" które mądrzejsi nazywają znakami, mógłbym małą książkę napisać.




Poniżej Ercona 6x9 jaką używał dziadek, niestety nie jest to jego egzemplarz, kupiłem ten sam model.






Moja historia jest w pewien sposób połączona z archiwum o którym pisałem w poprzednim poście. Dziadek jest jej ważną częścią. Dojdziemy do tego w odpowiednim czasie...


niedziela, 25 października 2020

Fotorelacja z Atlantydy




Mam wielki zaszczyt pracować z archiwum zdjęć wykonanych w okresie międzywojennym na terenach II Rzeczypospolitej Polskiej. Naszej Atlantydy, jak pięknie nazwał ją mój znajomy, Konrad. 

Nie jest to zlecenie, nie jest to moja własność i nie jest znana przyszłość tych zdjęć. Zdjęć-świadków. Nie do końca znana jest ich przeszłość. Znane choć nie sprecyzowane są moje intencje wobec tego zbioru.

Jeszcze parę lat temu nie zgadzałem się z stwierdzeniem, że pasja idzie w parze z cierpieniem, później "tylko" tego nie rozumiałem. Dziś już wiem że to prawda i jest to jedno z odkryć i doświadczeń które te archiwum uruchomiło.

Jest wiele powodów dlaczego pisanie o tym jest dla mnie bardzo trudne. Jestem szarpany różnymi emocjami, radość jest zakrywana frustracja, szczęście zabiera ból, inspiracje do pracy gaszą ograniczenia. Na dzień dzisiejszy nie mogę się z Wami podzielić większością zdjęć i historiami które są z nimi związane. Archiwum dotyka mnie dogłębnie i świadomość pracy nad nim w samotności dla garstki osób jest ogromnie frustrująca. To ponad tysiąc zdjęć wykonanych przez człowieka który obracał się w różnych środowiskach i miał duże możliwości.  I jest w tym coś co dotyka mnie bardzo osobiście i przewija się przez moje życie od dziesięcioleci...

Jeśli napiszę za dużo to historia się skończy.

Jeśli napiszę za mało to historia się spłyci i zostanie tylko dość interesująca relacja z pracy w ciemni. A to "tylko" narzędzie które umożliwia przeżycie jej w pełni.

Na szczęście nic nie jest definitywnie zamknięte i nadal są szanse, że dojdzie do opublikowania tych zdjęć w godnej ich randze formie. 

Dziś mogę pokazać zdjęcie które można postrzegać jako portret Polski Międzywojennej. Pojawiła się niespodziewanie i równie szybko zniknęła. Obraz jest zamazany, nie wiemy nawet czym dokładnie była..lub czym nie była. Nie jest znana data wykonania tego zdjęcia, archiwum obejmuje lata 1929-1937. 99% to negatywy małoobrazkowe co jest dość zaskakujące ponieważ fotografia małoobrazkowa dopiero co powstała - pierwsza produkcyjna Leica ruszyła w świat w roku 1926. Pozostałe zdjęcia sa zrobione na "małym" średnim formacie czyli 127.

Negatywy są zaskakująco dobrej jakości. Większość jest bardzo porządnie naświetlona i poprawnie wywołana, świadczy to o dużej świadomości fotograficznej autora. Są również zaskakujące w swej naturze - spodziewałem się bardzo ziarnistych obrazów (w końcu to pierwsze małoobrazkowe negatywy na świecie!) a ich ziarnistość jest mniejsza niż np. Fomy 400. Emulsja jest bardzo gruba, miejscami wręcz ścieka z podłoża - i tu kolejne zaskoczenie - ich kopiowanie wygląda zupełnie inaczej niż współczesnych filmów, a mam na myśli czas naświetlania papieru. Mimo trzyletniej przerwy od pracy w ciemni nadal potrafię "na oko" (oglądając negatyw na podświetlarce) określić czas naświetlania papieru i wymagany kontrast. W końcu spędziłem tysiące godzin na robieniu powiększeń z "małego obrazka". Niestety nie trafiłem z parametrami ani razu i nie były to małe pomyłki. Negatyw z gęstymi światłami, doświadczenie sugeruje mi czas 15-20s a zdjęcie wychodzi na sześciu sekundach... Nie znam przyczyny takiego zachowania...jakby ich prześwietlanie odbywało się na trochę innych prawach. Wrócę do tego tematu w kolejnych odcinkach.


Wracając do moich intencji... Chciałbym żeby te zdjęcia zobaczyło jak najwięcej ludzi. Wraz z opisami wydarzeń jakie one pokazują, zdjęcia w różnych formach ale na odpowiednio wysokim poziomie. Wystawa, album, powiększenia na barycie... Nie chcę żeby trafiły do jakiegoś muzeum i skończyły jak Bułhak we wrocławskiej piwnicy. Nie chcę żeby zaistniały jako beznadziejne skany w archiwum miliona zdjęć w bałaganie i trudne do odnalezienia... I nie chcę żeby je kupił jakiś kolekcjoner który będzie nimi karmił siebie, swoich znajomych a potem znowu znikną i tym razem być może na zawsze.


Na ślad tego archiwum trafiłem "przypadkiem"*. Miało być oglądanie starych zdjęć jakich tysiące się błąka po rzeczywistym i wirtualnym świecie. Bez ostrzeżenia zostałem porażony. Zidentyfikowałem na zdjęciu coś czego nigdy, przenigdy nie mogłem się spodziewać nawet w marzeniach. To ta osobista część która mi towarzyszy od dawna... Niestety nie mogę powiedzieć co to takiego... 

To co mogę to przejrzeć całe archiwum, posegregować je tematycznie, porobić opisy, zrobić powiększenia z najcenniejszych negatywów i zabezpieczyć je na przyszłość. Jakąś częścią tej pracy mogę się podzielić z Wami. Podczas pracy w ciemni będę dokumentował również te zwykłe czynności o które byłem kiedyś proszony lub sam deklarowałem zrobienie tekstu/filmu na jakiś temat.

Po wstępnej selekcji zacząłem robić powiększenia. Te które faktycznie okazują się interesujące opisuję i zaznaczam jako kandydatów do późniejszej publikacji. Tym samym koniecznym warunkiem staje sie zabezpieczenie ich na przyszłość co w moim przypadku oznacza wykonanie duplikatu negatywu. To, że te negatywy na dzień dzisiejszy wyglądają bardzo dobrze nie oznacza że tak będzie za dziesięć lat lub po wykonaniu dwudziestu powiększeń. Tak, wiem, że są na świecie porządne skanery ale to nie moja droga... Interpretacja negatywu przez printera może być procesem długotrwałym i fizycznie obciążającym negatyw. Samo opracowanie tonalne zdjęcia pomnożone przez wybór papieru a to pomnożone przez ewentualny wybór tonera i jeszcze raz pomnożone przez wielkość powiększenia po czym finalnie pomnożone przez ilość odbitek w pierwszej serii...może być wyrokiem śmierci dla dziewięćdziesięcioletniego negatywu. Dlatego jedyną słuszną decyzją jest wykonanie duplikatu negatywu z którym wiążemy jakieś kroki w przyszłości.

Są takie wydarzenia których na początku nie rozumiemy ale podświadomość podpowiada, że jest to coś ważnego. Czasami okazuje się to po jakimś czasie, czasami po paru latach a czasami nie zauważymy powiązania i zostajemy z niezrozumieniem na zawsze... W momencie gdy stanąłem przed koniecznością robienia duplikatów natychmiast przypomniało mi się wydarzenie które miało miejsce jakieś 15-16 lat temu w Danii, gdy uczyłem się pracy w ciemni u mojego nauczyciela Assiego.


Ja i Assi, rok 2018

Któregoś dnia, schodząc z piętra w jego domu Assi zatrzymał się na schodach i pokazał mi bardzo duże zdjęcie wiszące na ścianie (około metra krótszy bok). Zapytał czy domyślam się jak zostało zrobione powiększenie? Ziarnistość wskazywała na negatyw małoobrazkowy a jakość zdjęcia była jak to u Assiego na bardzo wysokim poziomie. Powiedziałem że jest to duże zdjęcie z małego obrazka i wtedy Assi zaprzeczył po czym wprowadził mnie w jego historię. Był to negatyw 4x5 cala na którym zostało zrobione zdjęcie...zdjęcia zrobionego z negatywu małoobrazkowego. Więc nie był to duplikat negatywu tylko wielkoformatowa reprodukcja powiększenia z negatywu małoobrazkowego. Assi uzasadnił to bardzo długim czasem naświetlania tak ogromnego powiększenia bezpośrednio z małoobrazkowego negatywu. Jeśli zachodziła potrzeba zrobienia paru takich powiększeń to bezpieczniejsze było zrobić kopię na negatywie 4x5 i do woli naświetlać ile tylko trzeba było - co w jego przypadku miało często miejsce podczas robienia powiększeń na wystawy World Press Photo w latach 70-80.
Nie wiedziałem dlaczego ta krótka i niespodziewana rozmowa tak mocno mi się zapisała w pamięci. Przez paręnaście lat przypominała mi się wiele razy i mimo, że robiłem tak ogromne powiększenia z małoobrazkowych negatywów to nigdy nie miałem potrzeby z niej skorzystać. Teraz w jednej chwili wszystko się ułożyło w całość a metoda została rozszerzona o wiele cennych dodatkowych elementów które umożliwią powstanie powiększeń z tych bezcennych negatywów na najwyższym poziomie do jakiego potrafię dojść. I umożliwić wszelkie inne interpretacje w przyszłości bez fizycznego kontaktu z oryginalnym negatywem.

Druga rzecz która ciągnie się ze mną od wielu lat to...zestaw akcesoriów do Sinar Norma. Nigdy nie użyte, nigdy nie było na nie pomysłu i mimo, że było na nie paru chętnych to przetrwały u mnie wszystkie kryzysy finansowe i bezlitosne wyprzedaże. Nie odważyłem się ich sprzedać, coś mnie zdecydowanie powstrzymywało przed tym. Podobnie jak powyższa historia, w jednej sekundzie te wszystkie akcesoria znalazły swoje miejsce w procesie reprodukcji negatywów.



Akcesoria Sinar Norma

Istnieje jeszcze jeden sposób reprodukcji - jest to sfotografowanie oryginalnego negatywu i ponowne sfotografowanie pozytywowego negatywu powstałego w pierwszym kroku. Także tu zestaw Sinar Norma będzie mógł pokazać swoją wielkość.

Nigdy nie robiłem żadnej reprodukcji. Możliwe jest że będę się mylił i zmieniał pierwotne założenia. Oba sposoby mają swoje plusy i minusy, różne są ich ograniczenia i różne przeznaczenie. Tytułowe zdjęcie doskonale się nadaje do sprawdzenie obu technik i ukaże ich cechy, jest to negatyw dość trudny w powiększaniu co bardziej go predysponuje do reprodukcji na drodze powiększenia i sfotografowania zdjęcia ale sprawdzę obie techniki. Następny odcinek będzie dotyczył technicznej strony reprodukcji. 

Kolejną rzeczą która nie dawała mi spokoju a miała miejsce nie tak dawno to pytanie które zadaje sobie Eric Karpeles w biografii Józefa Czapskiego pt. "Prawie nic". Pytanie brzmi "Dlaczego mnie to spotyka? Po co?" Karpeles zadaje je trafiając na ślady Czapskiego z przeszłości. Teraz wiem dlaczego zwróciłem na to uwagę... Mam swoje własne "dlaczego?" i "po co?"

Do "usłyszenia" niebawem.


* ponoć nie ma przypadków, są tylko znaki.



sobota, 8 czerwca 2019

Krajobraz z Miłosiernym Samarytaninem feat. Tadeusz Wański vs 2019. Obaj niewinni.

Problem z pisaniem (lub "problem") stał się taki (i nie tylko z pisaniem - z mówieniem również) że chcąc powiedzieć coś na dany temat (jest to problem z wyrażeniem w ogóle, z milczeniem włącznie) trzeba uwzględnić wszystkie warunki dotyczące tego "czegoś". Godziny myślenia i układania scenariusza takiego wyrażenia się potrafią się rozlecieć, ponieważ chwilę przed naciśnięciem klawisza całość urasta do drugiej lub trzeciej potęgi. Uzasadnienie obecności filtra zmiękczającego na obiektywie zahacza o rewolucję przemysłową, kondycję ludzkości, procesy produkcyjne dzisiejszych negatywów, porę roku, ukształtowanie terenu i zawartość ostatniej czytanej książki. I dziesiątki innych, również będących elementami siatki łączącej...wszystko ze wszystkim. Czyli nie dziesiątki, jest ich nieskończenie wiele. Nawet mówiąc o pozornie prostych sprawach zdarza mi się "zawieszać" jakby...coś mi brakowało do pełni sił umysłowych.

Powyższy wstęp, rzucający jasne światło na to jak się sprawy mają powinien ułatwić zrozumienie struktury moich kolejnych wpisów i dać czytającym solidny zastrzyk cierpliwości, który będzie bardzo potrzebny między moim A a B.

Fakty:

- miałem prawie dwuletnią przerwę w fotografowaniu i robieniu powiększeń w ciemni
- zacząłem fotografować miesiąc temu. Nacisnąłem spust migawki i wywołałem negatyw

Powiększenie powstanie choć na początku nie będzie nawet w połowie powiększeniem powstałym z chęci zrobienia powiększenia dla jego posiadania, pokazywania i kontemplowania. Wynika to z potrzeby uporządkowania całego procesu...powstawania zdjęcia. Ostatni rok był również rokiem zastanawiania się nad moją fotografią (lub fotografią w ogóle). Odpowiedzi znalazłem mało, za to pytań - dziesiątki lub setki. Zmieniłem również sposób pracy i podejścia do większości rzeczy co także dotyczy całego fotografowania.

Prawdopodobnie mogę powiedzieć że mając jakiś fundament techniczny, zaczynam budować wieżowiec w innej technice niż dotychczas. Technice znanej ze słyszenia i koniecznej do poznania "całkowitego" aby móc coś samodzielnie i świadomie stworzyć a później z czystym sumieniem odpowiadać za ten czyn, dając nie pozostawiające cienia wątpliwości wyjaśnienia.

Nowe wpisy raczej będą o tym "gdzie idę i dlaczego właśnie to ubrałem" a nie "jak było".


Pod koniec kwietnia byłem w Warszawie w Łazienkach gdzie był wystawiony obraz Rembrandta "Krajobraz z Miłosiernym Samarytaninem" i na wystawie Tadeusza Wańskiego "Lato nad Adriatykiem" w 6x7 Gallery.

Rembrandt w Łazienkach

Tadeusz Wański w 6x7 Gallery


Rembrandt wielkim mistrzem był, każdy to wie. Stojąc przed Miłosiernym Samarytaninem można zaobserwować, że "zatrzymuje" on oglądających wszelkiego pokroju - oczy większości patrzą "w obraz" a nie błądzą w poszukiwaniu czegoś co mogłoby dać im potwierdzenie, że są w stanie odbierać sztukę. Nie jest to oczywiście test na wielkość autora, jednie spostrzeżenie odmiennej reakcji u oglądających. Odmiennej niż w przypadku konsumowania obrazu w którym jedynie wybitne umysły i nieskazitelnie sprawiedliwe oczy mogą z satysfakcją wysysać ukryty geniusz twórcy.



Mistrz, jak każdy mistrz, nie zostawił kartki ze wskazówkami co masz myśleć, gdzie masz myśleć i z kim masz myśleć, więc interpretacja jest subiektywna. Dla mnie jest to wskazanie miejsca człowieka w życiu. Obraz jest podzielony na dwie części, jasną i ciemną a rozdzielają je wielkie dęby. Strona ciemna to życie w niesprzyjających okolicznościach, cierpienie, mrok i bezsilność. Strona jasna to sielanka, życie łatwe i przyjemne w pięknym otoczeniu. Niestety sielanki mają to do siebie, że nie są wieczne więc w porównaniu z prawą stroną jest oczywiście lepiej, ale niewiele lepiej - żyjąc w ten sposób nie jesteśmy przygotowani na gorsze czasy które nadejdą. Dzisiejszym odpowiednikiem mógłby być świat leniuszka-konsumenta, istoty z dobrą pensją, ubezpieczoną od zagrożeń wszelkich, całkowicie nie gotowej na scenariusz jaki może jej przynieść starość, wojna lub utrata pozycji. Strona ciemna to życie w wiecznej męce, nie widać w nim również furtki ani samodzielnie ocalałych. Dziś mogłoby to być życie dziewczynki-albinosa w afrykańskiej wiosce, życie w krajach ogarniętych wojną lub biedą, ale również życie zatrute i zablokowane przez jakieś brzemię, środowisko czy...cokolwiek.

Pozostaje miejsce trzecie, granica rozdzielająca te dwa światy. Myślę, że to jest te właściwe miejsce do życia. Dotyka ono obu stron i żyjąc tam musimy doświadczać i dobrych, i złych aspektów życia. Dzięki tym warunkom miejsce to daje nam narzędzia pozwalające się bronić przed złym i umiejętnie korzystać z dobrego, narzędzia te - jako ochronę, symbolizują dęby. Umiejscawiamy się tam zajmując się pracą, własnym rozwojem i altruizmem. Jednostki najpracowitsze zapuszczają się w ciemności starając się wydobywać stamtąd bezradnych nieszczęśników - to oczywiście Miłosierny Samarytanin.

Tyle sacrum...


Niestety Rembrandt nie wziął pod uwagę najmniej prawdopodobnej okoliczności - tego że obraz który przetrwał setki lat, obraz wart dziś miliony jakiejś waluty, jedno ze świadectw jego geniuszu, duma kolekcji narodowej, że ten cud wśród innych świadectw ludzkości dotrwa do czasów podboju kosmosu i właśnie wtedy, zaprezentowany w tak dostojnym miejscu, w zacienionym pomieszczeniu, w odpowiedniej wilgotności i temperaturze, że właśnie tam, na sam koniec, jakiś cymbał oświetli go jednym halogenem wystającym z podłogi, zwieńczonym soczewką o źle dobranej ogniskowej. I pod złym kątem. Dzięki temu zwiększa się tajemniczość przekazu, jakby światła nie ustawić - zawsze któraś część tonie w ciemności a druga świeci werniksem, więc są nieczytelne... Rozsierdziło mnie to i zacząłem kręcić tym świadectwem teraźniejszości, niestety nie można było zwiększyć odległości lampy od obrazu, jedynie lekko zniwelować winietę i odbłyski. Niewiele lepiej, ale lepiej.

Dwie godziny później stałem w 6x7 Gallery konsumując zdjęcia Tadeusza Wańskiego. Zdjęcia z jednej wyprawy, spójne tematycznie, spójne estetycznie, w identycznym formacie i wielkości. Powiększenia wykonane niesamowicie starannie, całość od początku do końca zrobiona bez uchybień, opowiadająca śródziemnomorską historię. O samym autorze i jego zdjęciach napiszę przy innej okazji, teraz dodam tylko że było mi dane zobaczyć koleją interpretację piktorializmu i nauczyło mnie innego patrzenia na zdjęcia. Bardzo cenne są te doświadczenia i wychodziłem z niej szczęśliwy.

Ale zanim całkowicie wyszedłem, to zaszedłem, do pomieszczenia obok, celem kupienia katalogu wystawy. I tam doznałem wytrzeszczu oczu, gdyż wszystkie zdjęcia z owej wystawy, w katalogu miały wyraźnie ciepłą tonację, tak jak zdjęcia dawne, piktorialne, tonowane, ciepłopapierowe. Natomiast zdjęcia wiszące za ścianą, wszystkie bez wyjątku, mają tonację neutralną a może nawet lekko chłodną. Naiwnie wierzący w nieznane mi okoliczności zapytałem czy w katalogu (całkiem porządnie wydanym i kosztującym 70zł) są może skany negatywów lub odbitek z innej serii, wykonanej w mniejszym formacie i na innym papierze ale pani sprzedająca katalog sprowadziła mnie na ziemię wyjaśniając, że to te same zdjęcia tylko w druku tak jakoś wyszło... No, cóż...Wański podobnie jak Rembrandt nie przewidział, że jego prace mogą być zniekształcone dla odbiorcy poprzez niechlujstwo istot doskonałych A.D. 2019

Katalog kupiłem tak czy owak, tekstu tam dość dużo ale treści jak się później okazało niezbyt wiele. Niewiele lepiej, ale lepiej.

Jak wielka jest to różnica, oceńcie sami poniżej:



Teraz podsumowanie. O ogólnej mierności dookoła napisałem tu i wszędzie indziej wystarczająco wiele. Gdy frustracja mi opadła uświadomiłem sobie kolejną rzecz...że ja sam, sam osobiście, wielokrotnie psułem różne rzeczy przez niechlujne zakończenie. Nawet jeśli poświęciłem na coś dużo czasu, siły, pieniędzy, prowadziłem lub robiłem, lub badałem i na sam koniec, z najróżniejszych powodów, nie kończyłem tego jak należy. I właśnie takie postępowanie zmusiło mnie do nowego przepracowania lub odkrycia w szerszym znaczeniu wielu rzeczy w fotografii. Gdyby tak nie było to biegałbym dziś po łąkach robiąc zdjęcia. Ale nie wiem do końca co da mi taki filtr z taką ogniskową i przy takiej odległości. Ani do końca nie wiem jak wywoływacz odda część odpowiadającą za światła. Ani jak wycisnąć z Lthu ostatnie soki. Ani jak się zachowa toner który mnie kiedyś bardzo zdenerwował swoim zachowaniem. 5 lat temu było prościej. Będzie miękko bo mam filtr, będzie ciepło bo mam toner, wyszło fajnie, sukces na miarę mojej gminy gotowy. Nie mogę już tak. To jakby stracić wszystko, napracować się nadaremnie.

Zaczynam wiedzieć co chcę. Nie wiem jak. I tą drogą, nowym odkrywaniem, nowymi odkryciami, nowymi metodami pracy i z nowym podejściem do pracy będę się tu z Wami dzielił. I również na wasze głosy liczę w komentarzach. Pod tym tekstem również. Nie bądź tylko konsumentem bo Cię Rembrandt namaluje :-)

W pierwszej kolejności zajmę się Lithem i filtrami zmiękczającymi. Później negatywy i tonery. Późniejsze kroki wynikną z wyników poprzednich kroków.

Następny odcinek będzie o filtrach zmiękczających, część teoretyczna.



środa, 3 kwietnia 2019

Budowa kamery wielkoformatowej cz. 7

Ciąg dalszy ramki.

Po sprawdzeniu na sucho wszystkich kątów, płaszczyzn, itp. przyszedł czas na sklejenie ramki.

Boki ramki są mocowane ściskami do szablonu, nakładam klej na wszystkie klejone powierzchnie i zakładam ścisk na klejony narożnik.




Trzy narożniki sklejone, czwarty pokazuje czy faktycznie było to łączenie pod kątem 90 stopni.



Po 24h można ramkę mocować w imadle i obrabiać. Wystające pióra są obcinane a płaszczyzna równana strugiem.


Równanie płaszczyzny narożnika.


Po kosmetyce płaszczyzn i narożników można wyciąć wręg aby nadać ramce ostateczny kształt.
Ramka po pierwszych nacięciach.



Wycinanie skończone. część która będzie trzymać ramkę w kamerze ma grubość 6mm. Wręg ma przekrój 9x12mm.


Na poniższym zdjęciu widać jak są umiejscowione pióra łączące boki ramki. Takie rozwiązanie ogranicza do minimum możliwość skręcenia się ramki, zwłaszcza w najcieńszej części.



Ramka po przeszlifowaniu i zaokrągleniu krawędzi i narożników.


Chwila prawdy...pasuje :-)



W następnym odcinku pomalowanie ramki (czarny mat) i sklejenie z mieszkiem.